niedziela, 15 grudnia 2013

Myśli nieuczesane, myśli wyłysiałe



Weekend zbliża się ku końcowi, liczba promili w wydychanym powietrzu też zmalała – czas coś napisać ku pokrzepieniu serca i innych organów. No może z wyjątkiem wątroby, bo zachowuje się ostatnio bardzo nieładnie i krzyczy „Wszystko, tylko nie alkohol” (‘Tout mais pas l’alcool !’). To oczywiście żarcik, urocza krotochwila, bo przecież nie mam problemu z alkoholem – mam problem bez alkoholu (‘je n’ai pas de problème avec l’alcool, j’ai un problème sans alcool’).

Właściwie nie wiem skąd taki tytuł posta – faktem jest, że gdybym poszedł do fryzjera to pewnie doliczyłby mi 50% ceny za poszukiwanie włosów. Ale wolę o nich myśleć jak o nienachalnej fryzurze, jak mawiał Mistrz Bałtroczyk, bo w końcu przecież „jak włosy są ładne, to nie musi być ich, kurna, dużo”.

A z fryzjerem zawsze kojarzyła mi się brzytwa (rasoir) – chociaż ta ostatnia, podobnie jak każde inne ostrze (lame) może również przywodzić na myśl rodowitych mieszkańców Nowej Huty w strojach ludowych, zwanych potocznie rycerzami ortalionu. Tak samo jak maczeta (machette), pałka (matraque) i kij baseballowy (batte de baseball). Zresztą w każdym mieście są takie miejsca, których trzeba się strzec, jak śpiewał Mistrz Janerka. Ale przecież niedługo Święta, odpoczynek, przejedzenie – cieszmy się tym oczekiwaniem, bo w sumie z tego składa się całe dorosłe życie. Z oczekiwania. Byle do lunchu, byle do weekendu. Urlopu. Świąt. Emerytury..? Nie, chyba jednak nie... Życzę Wam i sobie, żeby każde czekanie było wypełnione radością i żebyśmy czekając nie przegapili po drodze czegoś ważnego.

Joyeux Noël !

 

niedziela, 8 grudnia 2013

Niezbyt świątecznie, ale za to krótko



Święta za pasem, galerie handlowe i supermarkety wypełnione są tonami świecącego badziewia, a z głośników już słychać ‘Last Kristmas aj gejw ju maj hart’. Dżizas... Z drugiej strony firmy dwoją się i troją (se mettent en quatre – było już tutaj), żeby zamknąć rok z możliwie wysokim zyskiem, a każdy w duchu powtarza sobie, że to już ostatnia prosta (la dernière ligne droite) i nareszcie przyjdzie długo wyczekiwany spokój. W sumie racja, od nadmiaru odpoczynku jeszcze przecież nikt nie umarł (trop de repos n’a jamais fait mourir personne).

A mnie tak naszło na przemyślenia, bo już za parę dni kolejny piątek trzynastego (vendredi treize) i trzynasty miesiąc istnienia bloga – dobrze, że nie jestem przesądny, bo to przynosi pecha (je ne suis pas supersticieux, ça porte malheur). I jak każdy, mam swoje małe sukcesy (ten blog) i wielkie porażki, o które szczególnie nie cierpię obwiniać samego siebie. Z drugiej strony kto z nas nie lubi zgonić czasem swoich niepowodzeń na czarnego kota, który przechodzi mu drogę (un chat noir qui traverse sa route), na nierozważne przejście pod drabiną (passage sous une échelle) czy rozbite lustro (miroir brisé) albo rozsypaną sól (sel renversé). I właśnie dlatego nie noszę ze sobą króliczej łapki (patte de lapin), czterolistnej koniczynki (trèfle à quatre feuilles) ani podkowy (fer à cheval). Bo na kogo bym to wszystko wtedy zrzucił..?

Życzę Wam jak najwięcej sukcesów, a jeśli by ich na chwilę zabrakło, to równie dużo doskonałych usprawiedliwień i wiekopomnych wymówek.

sobota, 23 listopada 2013

Post zezwierzęcony



Jakiś czas temu nabyłem drogą kupna antologię utworów Jacka Skubikowskiego. Na jednej z Jego płyt, zatytułowanej „Wyspa dzikich” znaleźć można utwór „Los stonogi”. I kiedy tak siedziałem sobie zasłuchany,  dotarło do mnie, że może warto byłoby pochylić się (se pencher) nad zwierzątkami, o których z reguły zbyt często się nie mówi. No bo przecież taka stonoga (mille-pattes) – może i niezbyt okazała, a jednak swoje miejsce w słowniku ma. A jak się dwie stonogi zaczną... hmmm... przytulać, to mamy gotowy zamek błyskawiczny (une fermeture éclair). Poza tym znamiennym jest, że w języku polskim ma ona nóg sto, a we francuskim już tysiąc; mówiliśmy już kiedyś o podobnej sytuacji przy wyrażeniu ‘stokrotne dzięki’ (o, tutaj).

A skoro już jesteśmy przy dziwnych nazwach zwierząt: ryba piła to poisson-scie, ryba młot to requin-marteau, a ryba miecz to espadon. Ta ostatnia nazwa pochodzi od włoskiego ‘spadone’, czyli ‘wielki miecz’, ‘szabla’ – zresztą podobne nazewnictwo znajdziemy też w angielskim ('swordfish') i hiszpańskim ('pez espada').

Zauważyliście zapewne, że nie robię specjalnego rozróżnienia pomiędzy rybami, ssakami (mammifères), płazami (amphibiens) i im podobnymi – niespecjalnie jest mi to w życiu potrzebne (szkoda że nauczycielka biologii w liceum miała na ten temat inne zdanie; z tego miejsca bardzo serdecznie jej nie pozdrawiam).

W ogóle zwierzęta to bardzo wdzięczny temat, a internety są ich pełne (zasadniczo przeważają koty). A ja się znowu zmotywowałem do pisania (głównie dzięki komentarzowi Uli, autorki bloga Français mon amour, której niniejszy post dedykuję w ramach podziękowania). A skoro już jestem taki zmotywowany, to jak powiedział pies do psa, gdy zobaczył nowy hydrant: Trzeba to oblać! (Ça s’arrose !). Bo przecież nawet ryba piła.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Zachorowany byłem



Mężczyzna jest dla kobiety opoką. Skałą. Przystanią w smaganej ostrym wiatrem szarej rzeczywistości. No chyba, że ma temperaturę w okolicach 37,2° – wtedy nie ma dla niego ratunku i oficjalnie mówi się o końcu świata (la fin du monde). I nie pomogą zapewnienia, że stan podgorączkowy to w sumie nic takiego (ce n’est pas la mort du petit cheval), wręcz przeciwnie, to może tylko zaostrzyć sytuację (aggraver la situation). Wiem, bo sam przechodziłem przez poważne parodniowe przeziębienie. Tak przy okazji: jak powiemy przeziębienie, tudzież katar (rhume) po japońsku? Otóż będzie to Nékikoul – proponuję przeczytać na głos (à haute voix) aby jak najlepiej dostrzec powagę sytuacji...


Ale nie ma się co nabijać z męskiego rodu – najważniejsze, to zdać sobie sprawę, że histeria (hystérie) jest chorobą typowo męską. A i owszem, męską; u kobiet takie zachowania nie są nawet uznawane za odchylenie od normy. A jeśli chodzi o odchylenie, to poza słowem écart możemy użyć również déviation, które powie nam też trochę o jego polskim odpowiedniku (dewiacja) – taaaaaak, w takim kontekście także istnieje, jakkolwiek nie zapominajmy o déviation w znaczeniu objazd, odchył czy zniekształcenie.



Tak naprawdę miałem zamiar napisać coś mądrego na temat małżeństwa, ale nie wiedzieć czemu skończyło się na dewiacjach... Przypadek? Nie sądzę.